Na dachu Irlandii czyli wejście na Carrauntoohil w Hrabstwie Kerry.

Najpiękniejsze, największe, najstarsze i tym podobne inne „naj”, które kuszą nas by je zdobyć. Takie samo „naj” tyle, że najwyższe w Irlandii skusiło i mnie. Wybrałam się wtedy na parę dni do Killarney, miejscowości znajdującej się w południowo-zachodniej części Irlandii, w hrabstwie Kerry. Killarney jest bardzo popularnym miejscem turystycznym, znajduje się tutaj słynny „Ring of Kerry”, który jednak zasługuje na osobny post, tak jak i ta wyprawa, która na długo zostanie w mojej pamięci.

Photo_1559431087672

Muszę przyznać się bez bicia, że do tej pory mało widziałam Irlandii. Jeździło się w różne miejsca ale były one do siebie bardzo podobne. Przyzwyczaiłam się do wapiennych skał w Burren, klifów, zielonych pagórków i pól, na których pasą się krowy lub owce. Nie spodziewałam się jednak, że nagle dojdzie do mnie jak różnorodna jest ta wyspa, że to nie tylko zamki i zielone pola. Zobaczyłam tutaj góry i to takie obsypane śniegiem. To był zupełnie inny krajobraz niż widziałam do tej pory, poczułam się jakbym była w innym kraju. Pierwsze o czym sobie pomyślałam to to, że kurcze chyba mieszkam w złym miejscu! Wiem, że Irlandia mogłaby mnie jeszcze nie raz zadziwić, tak też było później w Connemara.

Photo_1559430762190

Wybrałam się do Killarney by spędzić tam długi weekend. Wyjechałam w czwartek popołudniu, tak bym mogła dotrzeć do hostelu wystarczająco wcześnie i przejśc się po mieście. A zatrzymałam się w samym centrum Killarney, w The Black Sheep Hostel (bardzo fajny, super klimat i personel, bardzo polecam!!).

Mój plan był taki by na pewno pojechać na Ring of Kerry korzystając z wycieczki Paddywagon Tours. Na to wystarczył jeden dzień, zatem resztę musiałam sobie czymś wypełnić i szukając innych ciekawych miejsc, które mogłabym przy okazji zobaczyć, trafiłam na zdjęcie przepięknego widoku z góry. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że był to widok z tej „najwyższej” w Irlandii. Carrauntoohil, bo o niej mowa, skusiła mnie bardzo swoim malowniczym krajobrazem i tym widokiem ze szczytu na jeziora. Zapragnęłam to zobaczyć na własne oczy.

Photo_1559430715815
Widok na pasmo Macgillicuddy’s Reeks oraz Jeziora Callee i Gouragh

W Killarney spędziłam kilka dni w tym jeden z ostatnich był przeznaczony właśnie na haking w górach.

Dostać się do Carrauntoohil nie było wcale takie proste jak wyglądało to w moich myślach. Po krótkich poszukiwaniach, dowiedziałam się, że należy najpierw dojechać do Cronins Yard lub Lisleibane, z którego ścieżka prowadzi pod szczyt. Od Killarney do Cronins Yard jest około 30 km więc zdecydowanie potrzebny był mi transport i jedynym rozwiązaniem było zamówienie sobie taxi. Numer do przewoźnika, który chętnie zawiezie mnie na Cronins Yard otrzymałam w hostelu na recepcji. Ale! Znalazłam też info, że w okresie letnim kursuje tam specjalny shuttle bus.

Photo_1559431085109
Rów, który widać pomiędzy górami to słynna Diabelska Drabina (Devils Ladder)

Niestety nie pomyślałam o jednej rzeczy gdy zdecydowałam się na haking po Carrauntoohil! W lutym, słonko nie dość, że późno wstaje, to szybciej też kładzie się spać, tak więc o 16 godzinie zaczyna się już ściemniać. Gdybym przyjechała tutaj w czerwcu, to zupełnie inna bajka – widno jest do 22 godziny. Mea culpa! Człowiek uczy się na błędach a o swoich będę pisać dalej. Ale zanim napiszę o kolejnych perypetiach na dachu Irlandii, najpierw opiszę ten teren i jak dostać się na szczyt Carrauntoohil, by było to trochę bardziej zrozumiałe.

Carrauntoohil jest jednym z trzech szczytów w Irlandii, które swoją wysokością przekraczają symboliczne 1000 m n.p.m.. Dzięki swoim 1041 m, a w niektórych źródłach mówi się o 1039 m n.p.m. zdobyła tytuł tej „Naj”. Owszem, wysokość nie jest porażająca, w Polsce mamy przecież dużo wyższe szczyty. Jednak zdobycie Carrauntoohil daje nam przywilej zdobycia jednego ze szczytów Korony Europy, ot taka ciekawostka. A dzięki swojej niewielkiej wysokości plasuje się ona na 30 miejscu listy Korony.

Photo_1559430856518
Od lewej Carrauntoohil (Curved Gully)  a za nią widać Caher (1001 m)

Nie zdziwcie się jeśli na mapach czy w innych źródłach znajdziecie też dwie różne nazwy – Carrantuohill czy Carrauntoohil lub jeszcze inne. Po irlandzku nazwa ta brzmi Corrán Tuathail co oznacza „Odwrócony Sierp” lub „Tuathails Serated Sickle”. Ja przystanę przy nazwie Carrauntoohil.

Jakiekolwiek bym widziała zdjęcia z tego miejsca, to nie mają one porównania z tym co widzi się tam naprawdę. Kolory brązu i zieleni oraz cała reszta krajobrazu powodowały powolne opadanie mojej szczęki. Widok jest majestatyczny a pasące się gdzieniegdzie malowane barany dodają jeszcze więcej charakteru.

Szczyt ten należy do górskiego pasma on nazwie Macgillicuddy’s Reeks, którego nazwa wywodzi się do klanu będącego właścicielem tego terenu. Grań pasma ciągnie się na odcinku 20 kilometrów. W skład tego pasma wchodzą również inne tysiączniki, które zajmują drugie i trzecie miejsce pod względem wysokości szczytów w Irlandii, mowa oczywiście o Binn Chaorach/Beenkeragh (1010 m n.p.m.) oraz Caher (1001 m n.p.m.). Dla osoby uwielbiającej górskie wyprawy to miejsce jest w sam raz.

Jednak na szczyty nie prowadzą żadne oznakowane szlaki dlatego popularne jest tutaj korzystanie z przewodników. Sama trasa wzwyż zwana Brother O’Sheas Gully idąca wzdłuż pasma w znacznej części jest łatwo dostępna. Natomiast środkowa część biegnie przez bardzo stromy żleb, w którym płynie strumień, tutaj jest mowa oczywiście o słynnej Dvils Ladder czyli Drabinie Diabłów. Kolejna to Curved Gully, która też przebiega po zboczu szczytu. Patrząc z dołu na górę, która oczywiście nie nie jest Mont Blanc czy Nanga Parbat, trudno uwierzyć, że zbiera ona swoje tragiczne żniwo. Oba szlaki nie należą do super łatwych i dlatego miały tu miejsce wypadki śmiertelne nie tylko wśród nierozważnych turystów ale nawet wśród wykwalifikowanych wspinaczy.

W 1976 roku na wierzchołku ustawiono 5-metrowy krzyż, który został ścięty pod koniec listopada 2014. Tydzień później krzyż został odbudowany.

U podnóża gór znajdują się dwa jeziora, Lough Callee i Lough Gouragh.

Jak dostać się na szczyt Carrantuoohil?

Najlepszym miejscem aby rozpocząć wędrówkę na szczyt jest Cronins Yard, o którym wspomniałam wyżej. W tym miejscu już znajdujemy się na wysokości 205 m n.p.m. Jest tutaj parking, sklep z pamiątkami a nawet hotel gdyby ktoś na przykład chciał tutaj przenocować. Cronins Yard Loop to kamienne ścieżki, które przez ok 7 km poprowadzą nas w kierunku szczytu. Już na początku musimy zdecydować jak chcemy zdobyć szczyt, czy chcemy iść na przykład po Diabelskiej Drabinie czy kierować się w stronę szlaku zwanego Brother O’Sheas Gully. Niestety od samego podnóża szczytów wzwyż nie ma już żadnej ścieżki czy oznakowanej trasy, trzeba kierować się instynktem przetrwania i zdrowym rozsądkiem.

  • Szlak Brother O’Sheas Gully czyli Bracia O’Sheas Gully. Cały szlak po szczytach pasma ma ok 14 km. Dla osoby w dobrej kondycji fizycznej przejście tej trasy powinno zająć ok 6 do 7 godzin. Muszę dodać, że warto się skusić ponieważ jest to jedna z bardziej malowniczych i interesujących tras. Sam szlak składa się z różnych odcinków, momentami teren jest bezproblemowy do przejścia, natomiast pewne odcinki są strome i trudne. Na szczycie znajdziemy ostre, ruchome kamienie i trzeba bardzo uważać by się nie poślizgnąć.
  • Podobna do trasy wyżej, jest trasa zwana Stumpa an tSaimh (Hags Tooth). Prowadzi ona podobnie jak Brother O’Sheas Gully tylko dodatkowo wchodzi się również na szczyt Binn Chaorach. Ta trasa jest przeznaczona dla osób o bardzo dobrej kondycji fizycznej i umiejętności wspinaczki ponieważ aż ponad 1,5 km trasy stanowi stromy, ostry skalny grzbiet.
  • Szlak zwany Devils Ladder czyli Diabelska Drabina. To szlak, który również wymaga od nas bardzo dobrej sprawności fizycznej. Tutaj będziemy wspinać się po stromym zboczu, po wielkich kamieniach i żwirze. Trasa ta jest dość niebezpieczna, dlatego należy być do niej odpowiednio przygotowanym. W porze deszczowej, spływająca po kamieniach woda utrudniać może wejście. Jest to najkrótszy szlak prowadzący na szczyt i wynosi ok 11 km a przejście dla osób o dobrej kondycji fizycznej powinno zająć około 6 do 7 godzin.
Carrauntoohil-Mountain-and-MacGillycuddys-Reeks-Peaks-Main-Walking-Routes-and-Trails-Killarney-Kerry.jpg
Żródło: activeme.ie

Diabelska Drabina chyba swoją nazwą przyciąga wielu śmiałków, ponieważ jest to najbardziej popularny szlak. Jednak to co na zdjęciach wydaje się proste, w rzeczywistości już takie nie jest. Pomimo swojej popularności muszę przyznać, że jest to szlak bardzo niedoceniany przez turystów; trudny i wymagający, na którym dosłownie chwila nieuwagi może skończyć się tragicznie dla osób źle przygotowanych zarówno pod względem fizycznym jak i technicznym.

Photo_1559431088697

Gdy dojechałam na Cronins Yard zaczęły się zjeżdżać również inni oraz grupy, które wraz z przewodnikiem ruszali na MacGillycuddy’s Reeks. Jak już pisałam na szczyt nie ma szlaku, który powie Ci, gdzie iść i jak. Dlatego ja bacznie obserwowałam sobie te grupy i szłam ich śladami. Moim planem było wejść szlakiem Brother O’Sheas Gully i zejść wzdłuż pasma. Diabelską Drabinę chciałam ominąć szerokim łukiem, to zdecydowanie nie dla mnie ani w górę ani w dół!!! Nie i koniec!

Obserwowanie grup wyszło mi nawet na dobre, bo w pewnym momencie ciężko było przejść pewien odcinek. Przewodnik po kolei instruował osoby gdzie mają stanąć, ja też z tego skorzystałam. Pan przewodnik zdziwiony tym, że jestem sama zaproponował mi dołączenie do grupy, jednak odmówiłam. Chciałam nacieszyć się tym miejscem i widokami, poza tym idę do góry uparcie ale wolno a to by spowolniło całą grupę. Tak więc pozostałam na obserwowaniu którędy i jak.

Photo_1559426683556.jpg

Tuż pod samą górą jednak grupa zniknęła mi z oczu za skałami a ja zaciekawiłam się osobami wspinającymi się tuż pod samym szczytem. Trasa, którą szli była cała w śniegu i nie wiem czemu ale postanowiłam iść za nimi. Ciekawe komu uda się zobaczyć ludzi wspinających się po śniegu (zdjęcie poniżej).

Photo_1559430714710
Central Gully – Trasa, którą weszłam na szczyt

Z górami jednak bywa bardzo na przekór, odcinek, który z dołu wydaje nam się krótki wcale taki już nie musi być w praktyce. Im wyżej wchodziłam tym bardziej widok na dół zapierał mój dech w piersi i czułam jak naprawdę długi jest ten odcinek. Do momentu aż mało nie dostałam zawału. Mniej więcej w połowie drogi okazało się, że mam do pokonania wielki głaz, na który musiałabym się wspiąć by przejść dalej. I co tu zrobić jak się ma krótkie nóżki? Mało tego usłyszałam, że pod śniegiem płynie woda, czyli lipa. W głowie miałam scenę jak zjeżdżam na tyłku albo turlam się po tym śniegu na sam dół. Najgorsze jednak dla mnie było to, że nie wiedziałam jak naprawdę głęboki jest śnieg pod moimi nogami.

Photo_1559426500077
Widok z Central Gully

Tu się przyznam, że miałam ochotę zrezygnować, zejść w dół i pójść śladami za grupą. Jednak wiem, że gonił mnie czas i jego brak. Postanowiłam odpocząć chwilę, zjeść coś, napić się jeszcze ciepłej kawy. Wyobraźcie sobie piknik stojąc po kolana w śniegu w połowie do szczytu, mając przed sobą ten epicki widok. Tutaj krajobraz nie był już taki barwny jak na Cronins Yard. Malejące w oczach jezioro, biel i czerń skał próbujących się spod niego wydostać. Popijałam sobie kawusie i delektowałam się ciepłem ogrzewającym paluchy. A w okół mnie jak na złość ni żywej duszy, bo osoby, które szły tym szlakiem pewnie dawno już były na szczycie.

Przerwa bardzo mi pomogła, bo od razu udało mi się wdrapać na ten głaz i ruszyłam dalej na szczyt. Co rusz tylko oglądałam się za siebie patrząc jak wszystko w dole maleje, wspaniałe uczucie! Odcinek wcale nie był taki krótki jak to mi się wydawało z dołu, wejście było dość wymagające.

Photo_1559426498864

photo_1559426678763-1.jpgNa górze zastałam mgłę, a może to były już chmury. Śnieg tam topniał na kamieniach i było bardzo zimno, musiałam iść bardzo ostrożnie i pomyśleć dwa razy zanim stanęłam na jakimś kamieniu. W pewnym momencie widoczność była tak zła, że dosłownie nie widziałam, dokąd idę. Mignął mi tylko przez chwilę ten wielki krzyż i wiedziałam, że szczyt mam już w zasięgu ręki.

Pod krzyżem spędziłam krótką chwilę, standardowo cyknęłam sobie fotkę i ruszyłam dalej. Radość moja jednak nie trwała długo. Nie wiem co jest łatwiejsze, wejście na szczyt czy zejście z niego? Pierwotnie w planach miałam wejście i zejście wzdłuż MacGillycuddy’s Reeks aż do Cronins Yard. Tak bym mogła zrobić na przykład teraz w maju, kiedy widno jest jeszcze o 21, ale w lutym (?)

Kierując się dalej wzdłuż szlaku ku mojemu zdziwieniu spotkałam dwóch chłopaków, którzy właśnie weszli na szczyt przez Diabelską Drabinę. Okazało się, że mają gdzieś na szczycie rozbity obóz. Korzystając z ich doświadczenia chciałam się upewnić, że idę w dobrym kierunku. Kevin, jeden z nich stwierdził, że lepiej i szybciej będzie gdy zejdę Diabelską Drabiną, ponieważ na bank nie złapie mnie mrok.

Nie odważyłabym się wejść tym szlakiem a co dopiero po nim zejść!!!! I to bez kasku, w śniegu!! Jedno co wiem to, że życie mi jeszcze miłe.

photo_1559426672214.jpg

Spojrzałam w dół szlaku i doznałam szoku! Nic nie było widać! Miałam wrażenie, że patrzę w przepaść. Jak to stwierdziłam, nie jestem jeszcze chora psychicznie i podziękowałam. Kevin jednak upewnił mnie, że sprowadzą mnie przez ośnieżony odcinek do momentu aż sama dalej dam sobie radę.

Photo_1559426682575
Zejście Diabelską Drabiną

Powiem tak, było dużo za i przeciw. Tak po prawdzie, gdybym postawiła jeden krok tam gdzie nie trzeba – nie byłoby tego wpisu, nie oszukujmy się.

Kolega Kevina (kompletnie nie pamiętam, jak miał na imię, wybaczcie) schodził pierwszy sprawdzając czy i ja dam radę. Potem szłam instruowana przez Kevina, gdzie mam stawiać nogę, jak mam się obrócić, gdzie co złapać i tak dalej. Kuźwa, nigdy więcej w życiu! Gdy wreszcie przeszliśmy ośnieżony odcinek, chłopaki musieli wrócić na szczyt do swojej bazy zanim i ich zastanie zmrok. Wymieniłam się z Kevinem numerem telefonu i co jakiś czas wysyłaliśmy sobie SMS tak na wszelki wypadek, gdyby coś mi się stało. Schodziłam zawzięcie w dół nie dowierzając temu co zostawiam za sobą!

W pewnym momencie usłyszałam wołanie o pomoc. Wyobrażacie to sobie, jestem na dole Diabelskiej Drabiny a u góry ktoś woła o pomoc, masakra! Zawołałam do góry, ale nikt mi nie odpowiedział. Pomyślałam sobie przez chwilę, że to może jakaś grupa gówniarzy dla żartu sobie zwołała help na szczycie. Nie potrafiłabym wrócić do góry ale mogłabym zadzwonić po pomoc czy nawet do Kevina, który był na górze. Wołałam jeszcze kilka razy, ale nikt mi nic nie odpowiedział.

Udało mi się pokonać Diabelską Drabinę przed egipskimi ciemnościami. Będąc już na dole kierowałam się do ścieżki, która miała mnie wyprowadzić na Cronins Yard. To również nie było takie proste bowiem topniejący się ze szczytu śnieg i deszcz powodował, że z Diabelskiej Drabiny spływała rzeka. Wszędzie była woda tworząc w trawach totalne bagno. Buty mi grzęzły w błocie i jak by tego mało było poślizgnęłam się na jednym z takich kamieni, latarka wyfrunęła mi w powietrze i przepadła gdzieś pomiędzy kamieniami. Na domiar złego nadszedł już zmrok, a pomiędzy górami zrobiło się dosłownie czarno. Wyjęłam swój power bank, podłączyłam telefon i szłam z moją nowoczesną lampą dalej. Dobrze, że kompas miałam przywiązany na sznurku, bo bez niego nie wiedziałabym kompletnie dokąd idę!

Nagle w oddali zauważyłam jak dwa światełka idą w górę szczytu, potem ku mojemu zdziwieniu kolejne światełka kierują się w moją stronę. Była to grupa ratowników, którzy jak się właśnie okazało ratowali kobietę na górze. Podobno kobieta, która wybrała się tam z grupą, poślizgnęła się na kamieniu i zwichnęła sobie kostkę, nie dała rady zejść. Ratownicy, którzy dotarli do niej na górę, nie byli w stanie jej pomóc, ponieważ nie mogła zrobić nawet kroku. Jedynym rozwiązaniem było zdjęcie jej na noszach po Diabelskiej Drabinie. Masakra!!! Wielki szacunek dla tych ludzi!

Kolejne osoby z ekipy ratowniczej musiały dostać się pod Diabelską Drabinę aby odebrać kobietę na noszach dlatego szli w moim kierunku. Kiedy już do mnie dotarli, jeden z ratowników zaproponował mi bym poszła do nich do samochodu. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że mam krew na skroni. Matko jedyna! Gdy poślizgnęłam się na kamieniu okulary przycięły mi skórę koło oka, no bo przecież jak inaczej to mogło się stać. Nie uderzyłam się głową o nic. Ale kto mi tam by uwierzył, jest krew więc pewnie uderzyłam się w ten głupi łeb … no bo kto mądry idzie z telefonem zamiast latarki (?). Fajnie to musiało wyglądać. Swoją drogą też bym mi nie uwierzyła.

Ja chciałam upewnić się tylko, że zmierzam w kierunku Cronins Yard. Willy, jeden z ratowników nie odpuszczał i chciał bym poszła z nim do ich wozu. Pomyślałam sobie, że może to i dobry pomysł, może mnie podwiozą do wyjścia. W wozie czekała pani pielęgniarka, przemiła Margaret oczyściła mi rankę i dała suche, czyste spodnie oraz kubek ciepłej herbaty.

Niestety na moim gdybaniu się skończyło, bo przemiła Margaret stwierdziła, że lepiej jest wysłać mnie do szpitala by sprawdzić czy nic mi się w głowę nie stało. Nie pomogło przekonywanie, że się wcale nie uderzyłam, nic nie pomogło bo moje siniaki na nogach mówiły zupełnie co innego. Niestety u mnie o siniak nie trzeba się zbytnio starać, zwykły kopniak w tyłek zrobił siniak na pół de. A po zjeżdżaniu na tyłku po skałach to wyglądałam jakbym spadła z tej Diabelskiej Drabiny! Musiałam się poddać i tak o to wylądowałam w szpitalu w Trelee. „Panie Premierze, co robić?”

Photo_1559426437470

Oczywiście nic mi się nie stało, musiałam tylko wyleczyć siniaki pijąc niezmiernie ogromną ilość wody.

Powiem jednak szczerze, że mimo tak dziwnej historii to pojechałabym tam jeszcze raz. Mądrzejsza o swoje doświadczenie wybrałabym się w cieplejszym okresie, kiedy dzień jest dłuższy a noc krótka, kiedy nie ma śniegu i deszczu, chociaż z tym drugim to w Irlandii gorzej wychodzi.

Carrauntoohil (1041m)

19 myśli na temat “Na dachu Irlandii czyli wejście na Carrauntoohil w Hrabstwie Kerry.

  1. Dlatego własnie lubię oglądać góry z dołu. Mieszkam wprawdzie przy samych Górach Pennińskich,ale nie wspinam się, ooo nie podziękuję . Może kiedyś wybiorę się do Irlandii, mam nadzieję, że macie tam stare wiatraki (nie sprawdzałam jeszcze w necie) , w końcu mam rzut beretem z Anglii 🙂

    Polubienie

    1. Nie wiem czy bym wytrzymała mieszkać w takim miejscu i nie wejść, albo chociaż nie spróbować. Chyba bym poległa pokusie. jeśli chodzi o młyny to parę by się znalazło np. Skerries Mills lub Blennerville Windmill i pewnie jeszcze kilka. Pozdrawiam

      Polubienie

    1. No to jest nas dwie, bo ja przeżyłam pewien szok krajobrazowy. Zazwyczaj oglądam zielone pola, łąki i kamienie. Wiem, że jeszcze nie raz mi kopara opadnie, bo mam zamiar wybrać się jeszcze na północny zachód Irlandii. Pozdrawiam

      Polubienie

    1. Dziękuję Dorotko. Mam nadzieję, że kiedyś uda Ci się przyjechać w ten rejon Irlandii. Musisz zobaczyć słynny Ring of Kerry, Gap of Dunloe i oczywiście to epickie miejsce. Nawet jeśli nie dasz rady wejść to warto się przejść Cronins Yard Loop pod same szczyty. Pozdrawiam

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.